The grass is always greener… {3}

DSC_1576

Jest takie przysłowie angielskie: „The grass is always greener on the other side of the fence” (dosł. trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu). W wolnym tłumaczeniu oznacza nasze polskie: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” czy „Cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Mi bardziej do gustu przypada wersja anglojęzyczna, bo obserwacja koni na pastwisku dowiodła mi, że to najwierniejsze odzwierciedlenie rzeczywistości. Przysłowie nie jest oczywiście ukute dla koni, lecz dla ludzi. Bo my też zamiast cieszyć się z tego, co mamy, zaglądamy do sąsiada  i uważamy, że ten to ma zdecydowanie lepiej. Porównujemy się, zazdrościmy, jesteśmy zawistni. Ludzka natura.

Konie, nie znając przysłowia i ukrytego w nim znaczenia, najzwyczajniej w świecie ilustrują je bezwiednie. Na kolokwiach z tzw. Kursu Zintegrowanego na filologii angielskiej zawsze ułatwiałam sobie zapamiętywanie słówek, idiomów, przysłów podstawiając pod nie obrazki z mojej wyobraźni. No, z „grass is always greener” problemów nigdy nie miałam. Nasza konina regularnie szturmuje wszelkie ploty, ogrodzenia, zrywa pastuchy elektryczne w przekonaniu, że będąca poza ich zasięgiem trawa jest bardziej soczysta, gęsta, lepsza. Wydatki finansowe i nakład pracy wkładany w naprawianie połamanych ogrodzeń i pozrywanych lin wydaje się zupełnie bezsensownym wysiłkiem. Gdy tylko ojciec z Kubą złożą do kupy ogrodzenie, konie poświęcają całą swą energię na udowodnienie im, że był to kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. W związku z tym nasze konie całkowicie nieprzepisowo i wbrew zasadom BHP spacerują sobie po włościach nieskrępowane żadnymi płotami. Czasem zawitają do sąsiadów (połamaną ślizgawkę Kuba spawał i naprawiał przez tydzień), czasem wybiorą się pobuszować w zbożu (szkoda, że nie naszym), a kilka razy zdarzyło się, że wybrały się do miasta. Kulturalnie, poboczem jezdni, zgrabnym rządkiem. Odławialiśmy już nasze konie z drogi Ustka-Słupsk przy pomocy radiowozów wstrzymujących ruch, świateł, kogutów i tłumu podekscytowanych gapiów. Klacz Luna upodobała sobie kolegę ze wsi oddalonej o kilka kilometrów. Odwiedzała go regularnie, a gospodarz dzwonił do nas, że nasza kobyła znowu łazi mu po podwórku w towarzystwie jego ciężkiego wałacha. Ojciec jeździł po nią ciągnikiem i przyprowadzał po to, by następnego dnia znowu odebrać telefon. Kolejna nasza klacz – Moneta, sprzedana facetowi, którego pastwisko przylegało jednym bokiem do jeziora codziennie przepływała na drugi brzeg i pasła się do zachodu słońca. Opowiadał nam, że na początku myślał, że mu sąsiad wyciął głupi kawał i zaprowadził konia w ręku naokoło jeziora na przeciwną stronę. Wściekły poszedł po swoja kobyłkę i przyprowadził ją na uwiązie do domu. Następnego dnia to samo. Sąsiadowi zrobił awanturę, że to kawały spod budki z piwem i niech teraz sam sobie leci po konia taki kawał. Pokłócili się konkretnie, nawyzywali, a Moneta tymczasem spokojnie przypłynęła do domu i zameldowała się przy żłobie. Potem facet nie odgradzał jeziora, lecz pozwalał Monecie na te pływackie treningi  i aż do późnej jesieni klacz codziennie płynęła na drugą stronę jeziora w nadziei, że tam „the grass is greener”.

Konie kochają swobodę. To zwierzęta ruchu, do szczęścia potrzebna im przestrzeń i brak przeszkód, by iść w przód. Do tego są bardzo ciekawskie. Ogierowi musieliśmy zrobić okienko, by mógł wyglądać na stajenny korytarz, bo inaczej z wrodzonej ciekawości rozmontowałby swój boks kopytami. Każdy płot intryguje konia i zmusza do badań – co jest po drugiej stronie? Zazwyczaj, tak jak w życiu – lepsza trawa po drugiej stronie to złuda, miraż. Zależy tylko od tego, po której stronie jesteś.

grass

Tu możecie zobaczyć konie, które są wyznawcami teorii „The grass is always greener”: 11 horses who are convinced the grass is always greener on the other side of the fence

Fot. Kasia Sikorska Photography # Limonka

Komentarze

komentarze