W moim magicznym domu… {4}

DSC_8148

Jak już wiedzą wszyscy, którzy śledzą mnie na fejsie, zaliczyłam sobie kurs jeździectwa naturalnego. Pełna nowych idei, pomysłów, sposobów na pozyskanie zaufania i szacunku konia wróciłam do domu. Wiadomo, że już przebieram nóżkami gotowa w każdej chwili wystartować do koni i zacząć wcielać w życie to, co mi włożyli do głowy na kursie. Niestety, tak się złożyło, że nawał obowiązków (muszę kupić sobie kozaki i płaszcz zimowy) i pilnych spraw (impreza ze znajomymi ze studiów) nadal trzyma mnie z dala od Ustki i koniny, na której mogę się wprawiać. Aby jednak nic mi nie uciekło postanowiłam poćwiczyć sobie „na sucho” na dostępnym mi egzemplarzu treningowym czyli własnym mężu.

Ćwiczenie 1 – kontrola przestrzeni

Mamy w salonie dużą kanapę narożną. Zazwyczaj ja siadam na narożniku, wyciągając sobie nogi i oglądam telewizję na leżąco.  W tym czasie Kuba siedzi na siedzisku obok i przybierając różne pozy próbuje znaleźć wygodną pozycję. Wczoraj postanowił trzymać nogi na mojej połowie. Specjalnie mi to nie przeszkadzało, ale zaraz pomyślałam: „Co to za naruszanie mojej przestrzeni? Ja tu kontroluję, kto ma prawo mnie przepychać!” Zwaliłam mu nogi celnym kopniakiem. Zaskoczony Kuba spojrzał na mnie jak na wariatkę:

- Co jest?

-To moje miejsce.

-Ale co Ci przeszkadza? Przecież mieścimy się oboje!

-To moje miejsce. Spadaj na swój szczebel w szeregu.

-Bujaj się – wzruszył ramionami i bez protestów przyniósł sobie pufę na nogi. 1:0 dla mnie.

Ćwiczenie 2 – kontrola dotyku

Poleżałam sobie spokojnie mając u boku urażonego męża. Postanowiłam rozgrywać naukę dalej. Przytuliłam się do jego boku i podrapałam go po karku. Machinalnie złapał mnie za rękę i pocałował. Za chwilę się ocknął:

-Co tam kochanie, już Ci przeszło?

I przytulił się do mnie kładąc nogi obok moich. Łupnęłam mu łokciem w żebra:

-Dystans! Ja mam prawo Cię dotykać, a Ty nie będziesz mnie tu popychał!

-Puknij się w łeb, wariatko! Nawet Cię nie dotknę! Nie dlatego, że mi zabraniasz, tylko boję się, że ta psychoza jest zaraźliwa.

Hmmm. Chyba sukces, nie? 2:0 dla mnie.

Ćwiczenie 3 – żarcie jest moje!

Kuba leży na kanapie (posłusznie zajmując swoją połowę, chociaż ja siedzę przy stole, przy kompie). Słyszę, że coś młóci.

-Co jesz?

-Mandarynkę.

Podeszłam i stanęłam nad nim.

-Dawaj.

Potulnie oddał połowę. Zjadłam i zabrałam mu resztę.

-Co jest?!? Weź sobie, leżą w kuchni na blacie!

-Już zjadłam, więcej nie chcę.

-To mi podaj, masz bliżej do kuchni.

-Nie.

-???

-Nie będziesz mi tu żarł w mojej obecności. Owies jest mój!

-Jaki owies?!? Porąbało Cię?!? Rzuć mi mandarynkę kobieto!

-Żarcie jest moje. Spadaj.

-Co Ty tak po mnie jeździsz? Udław się, wariatko. Nie chce mi się iść do kuchni.

Dobrze. Lekcja prawidłowa. 3:0 dla mnie.

Ćwiczenie 4 – nauka cofania

Wychodzimy całą rodziną z domu. Kucam w przedpokoju, pomagając Stasiowi zapiąć kurtkę. Kuba jak zwykle nie może poczekać 2 minut tylko pochyla się nade mną i sięga kurtkę z szafy ponad moimi plecami. Tracę równowagę i podpieram się o ścianę. O, Ty dziadzie! Ja Ci pokażę! Wstaję i podnoszę ręce, całą energię pakuję w sposób „na teściową”.

-Back, back, back!!!! -drę się na niego.

Przerażony Kuba cofa się podręcznikowo i opiera plecami o ścianę, łypiąc na mnie podejrzliwie spode łba. Wytrzymałam spojrzenie po czym zmniejszyłam presję i ustawiona pod kątem 45st. do niego kontynuuję ubieranie. Kuba nadal łypie na mnie jak na wariatkę. W końcu zakłada kurtkę mrucząc pod nosem:

-Ja pie****olę, dom wariatów…

Sukces w pełni. 4:0 dla mnie.

Ćwiczenie 5 – „do something”

Kuba siedzi przed sztalugami. Maluje aerografem.Wołam z kuchni:

-Kochanie, gdzie jest syrop Stasia?

Cisza. Zwiększam energię i ponawiam pytanie na wyższej fazie, podchodząc jednocześnie w jego stronę:

-Kuba, gdzie syrop Stasia?

Cisza.

-Kuba!

Nic. Bez namysłu sprzedaję mu kopa w piszczel.

-Auuu! Za co?!? Co z Tobą, ty *bip* *bip*?!?!?

-Zadałam Ci pytanie. Skup się na mnie i tym, czego od Ciebie chcę.

-Nie słyszałem! Zajęty jestem, nie widzisz?

-Słyszałeś. Po prostu zignorowałeś. Nigdy więcej. Jak ja mówię, to Ty słuchasz, jasne?

-Wariatka! W łeb się walnij agresorze!

Dobra. Podejrzewam, że następnym razem skupi się już przy mniejszym poziomie energii z mojej strony. 5:0 dla mnie.

Ćwiczenie 6 – odangażowanie zadu.

Myjemy zęby przy umywalce w łazience. Popycham go biodrem. Posłusznie odsuwa się, nie komentując. Ekstra! Mamy duży progres, kochanie. 6:0 dla mnie.

Idzie mi pięknie. Chyba jestem stworzona do roli klaczy-alfa. Martwi mnie trochę fakt, że ani jednego ćwiczenia nie przelizał. Hmmm, mogłabym mu pomóc, ale zaangażowanie trenera w ten proces to już chyba nie wchodzi w natural. Dopracuję później.

Zakończenie treningu na levelu 1.

Czytam książkę zwinięta w kłębek na kanapie. Oczywiście na mojej miejscówie, a co! Kuba przychodzi z pokoju i staje nade mną. Patrzy z takim wyrazem, że zakrztusiłam się jabłkiem.

-Co tam?

-Kochanie, zauważyłem, że dziczejesz. Brałem Cię za żonę na dobre i na złe. Chyba właśnie nadeszło to złe. Trudno. Najpierw zastanawiałem się, co za psychotropy ćpasz, ale przemyślałem sprawę i zdaje się, że wiem już o co kaman. Jesteś stuknięta, ale to wiedziałem zawsze. Postanowiłem Cię wspierać w Twoich pasjach. Oficjalnie potwierdzam, że uznaję Cię za klacz-liderkę w naszym stadzie. Możesz mnie rozstawiać po kątach i kontrolować mój ruch. Przypominam Ci tylko, że ja tu jestem ogierem. Będę chronił źrebaka i odgonię też każdego pajaca, jaki przyfika do mojej kobyły. A Ty pamiętaj, że spełniam w stadzie funkcje rozpłodowe i zamierzam się poświęcić temu obowiązkowi bez reszty. Kapujesz?

10:6 dla Kuby. Damn…

Komentarze

komentarze