Stajnie z zadartym nosem {11}

 DSC_2075

Zdarza mi się trafiać do stajni, w których panuje taka atmosfera, że skutecznie odrzuca mnie od chęci dalszego uczestnictwa w jej życiu. Czy naprawdę tak trudno znaleźć stajnię, w której poczujemy się jak w domu? A może to właśnie my, gdy poczujemy się jak u siebie tworzymy ten nadęty patos zarozumialstwa i wyższości?

Nie tak dawno przy okazji obsługi ślubu trafiliśmy do innej stajni. Stajnia ta nie dysponowała swoim zaprzęgiem, a ponieważ ślub odbywał się na terenie ośrodka będącego w pobliżu zdecydowaliśmy, że przewieziemy naszą dorożkę i konia do tej stajni i tam zaprzęgniemy, przygotujemy i wyruszymy w dalszą drogę. Właściciela stajni znamy, telefonicznie uzgodniliśmy szczegóły i w oznaczonym dniu podjechaliśmy lawetą z bryczką i bukmanką. W stajni czekało już na nas kilka dziewcząt, które jeżdżą tam regularnie i w związku z tym czują się gospodarzami na własnej ziemi. Od momentu, gdy zaparkowaliśmy, poprzez wyprowadzenie konia z przyczepy, czyszczenie, pojenie, zaprzęganie aż do finałowego odjazdu z bryczką byliśmy więc częstowani mądrościami i radami. Wszystkie te komentarze nie były w zasadzie kierowane do nas bezpośrednio, ot luźne wypowiedzi, przypadkiem rzucane w przestrzeń: „Nawet ogona nie rozczesali”, „Może się boją podejść z tyłu, ten ogier taki elektryczny”, „To nie ogier, przecież to wałach, widać od razu”, „Ty, jakie wędzidło, to munsztuk?” , „No jasne, nie radzą sobie na zwykłym”, „Tak to jest jak ktoś nie ma doświadczenia”. Mój mąż uśmiechał się sam do siebie, a ja w ogóle nie mogłam się dopatrzeć nic humorystycznego w tym dziwnym zainteresowaniu i odgrywaniu ról lepszych koniarzy, bardziej doświadczonych jeźdźców, profesjonalnych trenerów i specjalistów. Uświadomiłam sobie, że to samo dzieje się w naszej stajni – gdy pojawia się ktoś nowy rzesza naszych jeźdźców z zadartym nosem odgrywa rolę koniarzy, którzy zęby zjedli na tej całej zabawie i posiadają pełną i kompletną wiedzę na temat hippiki. Im słabszy jeździec z naszej szkółki tym bardziej doświadczony w odgrywaniu najlepiej zorientowanego szefa stajni.

Za czasów liceum i później, gdy byłam już na studiach nie mogłam jakoś znaleźć stajni, w której czułabym się dobrze. W każdej do jakiej trafiałam było już grono starych wyjadaczy, którzy objaśniali mi wszystko z zarozumiałą wyższością. A przecież całkiem niedawno sami byli początkujący… Skąd bierze się ta chęć wywyższenia, pokazania innym jacy to z nas specjaliści i jak niewiele w porównaniu z nami znaczą? Nie chcę być niesprawiedliwa i przyznam, że być może w początkowych latach mojej jazdy konnej również pokrywałam swoją niewiedzę pewnością siebie. Ale zarozumiała nigdy nie byłam, bez względu na to czy miałam do tego powody czy nie. I właśnie po tym dziś poznaję ludzi doświadczonych, dobrych jeźdźców i znawców koni – po ich skromności. Obserwując wielu trenerów nauczyłam się jednego – im mniejsza wiedza, tym trudniejszy, bardziej skomplikowany i niezrozumiały żargon instruktora. Dobry nauczyciel nie będzie tłumaczył uczniowi: „Otwórz stawy biodrowe w galopie”, „Jedź bardziej z krzyża” i tym podobne cuda wianki, które owszem, w książkach szkoleniowców się pojawiają, ale wraz z opisem znaczenia i obszernym wyjaśnieniem techniki. Dobry instruktor uczy jeźdźca przemawiając w zrozumiałym dla niego języku, nie gra roli encyklopedii hippicznej, bo nie musi. On jest encyklopedią, więc nie popisuje się znajomością haseł lecz wyjaśnia definicję. Wie, co potrafi i nie musi nikomu nic udowadniać. Często gdy prowadzę naukę jazdy na lonży cały okólnik otacza grono „znawców”, którzy uzupełniają moje wypowiedzi swoimi komentarzami, uwagami, światłymi radami. Na ogół nie reaguję, czasem tylko zbijając jakąś kolosalną głupotę krótkim argumentem. W dyskusje nie wdaję się nigdy. I chociaż uprawnienia instruktorskie posiadam, to nie wyobrażam sobie, bym obserwując lekcję innego trenera miała go poprawiać, dyskutować czy udzielać rad. A te rady, które najczęściej padają podczas moich zajęć pochodzą od osób, które jeżdżą krótko, jeździły sto lat temu na oklep na kobyle dziadka lub nie jeżdżą w ogóle, ale znawcami tematu oczywiście są.

Kto odwiedza różne stajnie, ten doskonale wie i przyzna mi rację, że stali bywalcy i klienci stajni często skutecznie psują atmosferę, jaka tam panuje. Zaczyna się konkurs na najlepszego jeźdźca, najbardziej doświadczonego znawcę końskiej psychiki, posiadacza najpiękniejszego czapraka i najdroższych bryczesów. A komentarzy i niechcianych wcale objaśnień własnej techniki już nie sposób uniknąć. Gdziekolwiek staniesz obok konia zaraz znajdzie się ktoś, kto  uzna za stosowne skomentować sposób w jaki stoisz ty, twój koń i piąty włos w jego ogonie. Bo tacy koniarze najchętniej udzielają rad, o które nie prosisz. A gdy już uznasz, że z problemem nie poradzisz sobie sam i zwrócisz się z pomoc do kogoś z dłuższym stażem w tej stajni, to możesz być niemal pewien, że zostaniesz potraktowany z wyższością, a udzielona Ci rada nie wniesie nic sensownego w twoje pojęcie o jeździe konnej. Uwielbiam tych wszystkich znawców! Kocham to, w jaki sposób z poważną miną pouczają mnie o rzeczach oczywistych, a najbardziej lubię, gdy ze śmiertelną powagą meldują mi, co niedobrego dzieje się w naszej stajni, po czym pęknięte kopyto Nefryta okazuje się być po prostu strzałką, dziwna narośl na nodze Lindy to kasztan, a ból kręgosłupa u Czubajki, która aż się wzdryga podczas szczotkowania, nie jest spowodowany chronicznym uszkodzeniem kręgów, a po prostu reakcją na czesanie drucianą szczotką, którą zazwyczaj myjemy poidła.

Równie wesoło jest, gdy kupujesz lub sprzedajesz konia. Zawsze masz do czynienia ze znawcą, który wywiedzie ci rodowód konia aż do ery mezozoicznej, a fakt, że na pra-pra-pradziadku przyrodniego brata ciotki szwagra tego konia siedział Napoleon powinien zrekompensować ci to, że koń jest kulawy. Co daje nam zadzieranie nosa i odgrywanie roli profesjonalnego znawcy tematu? Czy sami wierzymy w to, jak wspaniali jesteśmy?

 Atmosferę w stajni budują ludzie, nie konie. Co mi z tego, że stajnia dysponuje pięknymi rumakami, ułożonymi pod siodłem jak marzenie, jeśli korzystając z jazd muszę przy okazji stykać się z zarozumiałymi i niesympatycznymi klientami, którzy zawsze mają wiele do powiedzenia, a przeważnie nic do przekazania. O ile łatwiej i przyjemniej byłoby spędzać czas w stajni w przyjaznej atmosferze, wśród wspólnego śmiechu i żartów. To, jak czujemy się w stajni, z której usług korzystamy zależy również od nas samych. Jeśli będziemy życzliwie witać nowych adeptów, to zachęcimy do hippiki kolejnych entuzjastów. Tymczasem zadarte w górę nosy zarozumialców skutecznie leczą z pasji początkujących chętnych. W jakim celu mam swój wolny czas spędzać w towarzystwie ludzi, wśród których czuję się gorsza i słabsza? Dlaczego mam udowadniać innym do czego się nadaję, co potrafię i czego się nie boję? A nie lepiej pośmiać się razem z upadków, móc liczyć na życzliwą pomoc i wsparcie przyjaciół? I przestać wreszcie niezdrowo rywalizować, a zacząć świetnie się bawić? Bo jazda konna to sport ludzi otwartych, kochających zwierzęta, przyjaznych i miłych, a nie elitarna dyscyplina szlachty z zadartym w niebo nosem!

Fot. czubajka.pl # Kuba i Czubajka

Komentarze

komentarze