Koń czystej krwi arabskiej – syn wiatru. Dzięki Mahomecie! A Ty podziękuj nam, Polakom. {6}

Femma

Fot. Ewa Imielska-Hebda # Femma, wł. Joanna Łagodzińska

Zakochałam się w arabach jako mała dziewczynka. W koniach krwi arabskiej, znaczy się, oczywiście. Oglądałam je w albumach, ilustrowanych podręcznikach, na starych pocztówkach. Niewiele takich publikacji było w moim dzieciństwie i araby podziwiałam najczęściej na czarno-białych fotografiach kiepskiej jakości. A i tak czarowały. Czy jest gdzieś piękniejsze stworzenie? Znacie doskonalszy i piękniejszy boski twór? I nie mówcie mi o człowieku, bo naoglądałam się teraz przedstawicieli naszego gatunku na usteckiej plaży i przyznam, ze nie ma brzydszego stworzenia niż nasz ludzki ród. Koń arabski jest najpiękniejszy z pięknych koni. To uosobienie wdzięku, doskonałości, harmonii i piękna. Gdy w moim życiu konie pojawiły się „na żywo”, zaczęłam tęsknić za arabami, które fascynowały mnie w dzieciństwie i których wizerunki pamiętałam ze starych pocztówek. Zachwycałam się Czubajką i doceniałam jej urodę – bystre oko, ruchliwe uszy, mały łepek. A ponieważ ma w swych żyłach tylko 50% arabskiej krwi, pragnęłam poznać jej ojca. Godzinami oglądałam fotografie Esauła w albumach mamy i wyobrażałam sobie go w ruchu – ten majestat, ten zryw, ten arabski bukiet. Studiowałam jego rodowód, a w nim te konie, które pamiętałam z pocztówek: Bandolę, Europejczyka, Wielkiego Szlema, El Paso, Bandosa, Witraża, Celebes i inne. Gdy Esauł w końcu na skutek mojej obsesji trafił do naszej stajni, byłam oczarowana. I zakochana bez pamięci. I dziś, kilka lat po jego śmierci, araby wciąż zajmują w moim sercu szczególne miejsce. Nie chcę już araba, nie szukam, nie tęsknię. Miałam. Dziś wolę pod siodłem konie wyższe, mocniejsze, bardziej toporne. Dziś doceniam powolne śląskie smoki, tak całkowicie różne od eterycznych, porcelanowych arabskich figurek. Ale araby podziwiam i uwielbiam nadal. I zawsze będę się nimi zachwycać.

Czy wiecie jaki kraj jest ojczyzną najpiękniejszego konia na świecie? Tak, lokalizujecie je na Półwyspie Arabskim. Stąd przyszły. Ale jaki kraj jest ojczyzną dzisiejszego, współczesnego konia arabskiego? Jakiemu krajowi ta rasa zawdzięcza swoje obecne miejsce w świecie? Ten kraj, kochani, to Polska. I warto o tym wiedzieć, szczególnie teraz, gdy stadniny w Janowie i Michałowie gmatwają się w swych wewnętrznych problemach zrodzonych na zewnątrz. Ojczyzną konia arabskiego jest Polska. A my Polacy jesteśmy opiekunami tych pustynnych synów wiatru. I bez nas konie arabskie nie byłyby dzisiaj tym, czym są – najpiękniejszymi z pięknych, najdoskonalszymi z doskonałych. Posłuchajcie zarysu historii konia arabskiego i czujcie się dumni. Oto, co warto wiedzieć o koniu Mahometa.

Legenda mówi, że konia arabskiego Bóg stworzył z garści południowego wiatru. Tchnął w nią swój boski oddech i uformował zwierzę stworzone do lotu, choć bez skrzydeł. W grzywę za uszami wczepił mu szczęście. Trudno nazwać to historycznym faktem, ale kto widział konia arabskiego w ruchu, ten rozpoznał wiatr z południa. Faktem potwierdzonym naukowo nie jest też inna legenda – o pięciu klaczach Mahometa. Prorok ten podobno trzymał po bitwie stado koni  bez dostępu do wody przez cały dzień. Dzień na słonecznej pustyni, zauważmy. Następnie otworzył zagrodę na dojście do wodopoju i kazał grać sygnał wzywający do boju. Konie galopem ruszyły w stronę wody, ale pięć klaczy, nie zaspokoiwszy pragnienia, stawiło się na sygnał Mahometa, gotowe do bitwy. Te pięć walecznych klaczy Mahomet wykorzystał jako pramatki koni arabskich i na nich oparł hodowlę. Od ich imion pochodzą nazwy dzisiejszych typów koni arabskich. Wyróżnia się kilka typów, a wśród tych najbardziej znanych są ród Kuhailanów i ród Saklavi. Polskie araby stanowią najczęściej połączenie tych dwóch typów. Kuhailany, o których wiem najwięcej z racji tego, że jest to linia z której wywodził się Esauł, to typ najsilniejszy, ten bojowy. To święte konie Beduinów, które najdłużej trzymano z dala od oczu niewiernych. A już gniadych klaczy tego rodu absolutnie nie wolno było oglądać, nie mówiąc o kupnie. Otaczano je nabożną wręcz czcią. Każdemu arabowi Bóg wczepia szczęście w grzywę, ale tylko kuhailany dotyka swym kciukiem, zostawiając niektórym znamię wielkości monety na zadzie. Najczystsze  kuhailany są właśnie gniade, choć pustynne kuhailanki, sprowadzone do Polski przez hrabiego Dzieduszyckiego w 1845 roku były siwe. Jak Esauł. Gdyby były gniade to prawdopodobnie w ogóle by w ręce niewiernego nie trafiły. Obecnie nie przestrzega się już nakazu krycia gniadych kuhailanek gniadymi kuhailanami i maści te się wymieszały. O rodach i typach konia arabskiego polecam Wam poczytać więcej w internecie. Pewnie nawet nie wiecie, że jest ich tyle i tak się różnią.

Tak wyglądają legendarne podstawy wiedzy o hodowli konia arabskiego. Historycznie potwierdzone jest pochodzenie hodowli od koni proroka Mahometa, choć nie wiemy dokładnie jak je wybrał. Ale dziś wiadomo, że podstawę stanowiły te konie, na których uciekał z Medyny do Mekki w VII wieku. A wiemy to dlatego, że rodowód konia arabskiego u Arabów jest nie tylko dokumentem urzędowym, ale wręcz aktem religijnym, rodzajem modlitwy. I ciągłość linii można udowodnić nawet dziś. Koń wniknął w religię, a Mahomet wzywał wyznawców islamu do hodowli i dobrego traktowania konia. Stało się to obowiązkiem religijnym, a nagrodzone miało być w życiu przyszłym. Znacie dziś fanatyzm religijny wielu wyznawców islamu czy jego odłamów i pewnie potraficie sobie wyobrazić jak skrupulatnie był przestrzegany nakaz proroka dotyczący hodowli koni. Wśród Arabów powszechne było stwierdzenie: „Niech moje dzieci będą głodne i bose, ale mojemu koniowi nie może nic zabraknąć”. Hodowcom koni Mahomet obiecywał odpuszczenie grzechów i nagrodę po śmierci. Islam jest religią najbardziej związaną z kultem konia. I tylko tak króciutko zastanówcie się na związkiem konia z chrześcijaństwem. Nie wiem ilu z Was czytało w całości pisma Starego i Nowego Testamentu, tak jak, nie przymierzając, taki czytelniczy maniak jak ja. Ale z pewnością wielu z Was zna ważniejsze fragmenty i ma ogólną wiedzę o reszcie zawartości Pisma Świętego. I gdzie tam jest koń? Czy pojawia się w biblijnych zapisach? Na koniach Egipcjanie ścigali uciekających Izraelitów, tak. A Ci szli pieszo. Koniem się nie posługiwali i nie doceniali.  Sam Jezus wjechał do Jerozolimy na osiołku, prawda? Piszą o tym wszyscy czterej ewangeliści. Koń pojawia się w legendach chrześcijańskich – święty Jerzy w walce ze smokiem dosiadał konia, patronem rycerzy (rycerz, o czym nie wszyscy wiedzą to bojownik konny, nie ma rycerzy pieszych, są oni nieodłącznie związani z dosiadanym wierzchowcem) jest św. Marcin. Król Salomon podobno kochał konie i podziwiał tak bardzo, że kiedyś oglądając je na pastwisku zapomniał o wieczornej modlitwie. Szybko ukarał sam siebie za to przewinienie, nakazując zarżnąć konie, które go do grzechu przywiodły. Hmmm… W sumie nie możemy się dziwić, że chrześcijaństwo nie wyróżnia konia, tak jak robi to islam, bo religia chrześcijańska z zasady nie uznaje kultu zwierząt.  A jednak doceniam islam za tę miłość do konia. I w tym punkcie mogę być jego wyznawcą :)

Konie hodowane na Półwyspie Arabskim ukształtowała pustynia i ogromne odległości między oazami. W rezultacie Arabowie mieli konie szybkie, silne, bardzo wytrzymałe i niewymagające. W Europie konie te pojawiły się w wyniku najazdu Maurów. Dużo arabów sprowadzili też rycerze wracający z wypraw krzyżowych. W Polsce araby pojawiły się w czasach ataków tureckich i niepokojów na wschodnich rubieżach. Zakochany w koniach Lach szybko docenił siłę, piękno i wytrzymałość araba i tak zaczęto je sprowadzać z Bliskiego Wschodu. Araby pojawiły się w prywatnych hodowlach i stajniach magnackich, kupowane za ogromne sumy, zdobywane w bitwach, darowywane przez obce poselstwa. Polacy zakochali się w mocnych koniach beduinów i mawiali, że dobry arab może biec całą dobę bez przerwy, a więc i bez jedzenia i picia, niosąc na swym grzbiecie jeźdźca, jego ekwipunek i prowiant, broń oraz chorągiew a za sobą wlec przytroczonego trupa. I jeśli sytuacja tego wymaga to zrodzony z wiatru syn pustyni pokona prawie 300km na dobę! Szybkość koni bitewnych pozwalała zaskoczyć wroga – nim wieść o spraniu tyłków jednej armii się rozniosła, ruchliwa polska jazda już tłukła innych wrogów. Konie bitewne musiały być szybkie (w salwowaniu się ucieczką to również pomagało), a oprócz tego bardzo wytrzymałe. Polska hodowla wykorzystywała więc araby do uszlachetniania pogłowia posiadanych koni, a ponieważ nie prowadzono w stadninach dokumentacji rodowodowej, trudno dziś odtworzyć pierwsze linie. Dopiero na początku XIX wieku zaczęto dokumentować pochodzenie koni. Chyba nie ma obecnie na świecie rasy koni szlachetnych, które nie miałyby domieszki arabskiej krwi. Płynie ona m.in. w żyłach folblutów, lipicanów, trakenów, kłusaków orłowskich, angloarabów różnych szczepów. Nawet zimnokrwista rasa, której przedstawicielem był nasz ciężki Lorenzo – koń buloński była doszlachetniana arabską krwią.

Przodkami dzisiejszych polskich arabów są konie sprowadzane przez hrabiego Wacława Rzewuskiego. Była to postać niezwykła. W Polsce był hrabią Rzewuskim, dla Kozaków atamanem Rzewuchą, dla Arabów emirem Tadż-el-Fahrer. Spędził kilka lat w Turcji, koczował z Beduinami, otrzymał tytuł emira i został przyjęty do kilkunastu plemion.  Później mieszkał też na stepach i zżył się z Kozakami. I był patriotą – walczył w powstaniu listopadowym i po jednej z bitew zniknął. Zniknął, więc zginął, ale legenda pozostała, a fakt zniknięcia ciała hrabiego-emira-atamana tylko ją sycił. Do swoich dóbr Rzewuski sprowadził niemal setkę najpiękniejszych koni pustynnych i choć wiele z nich wystawił w bitwach i stracił, to część przetrwała. Po zniknięciu Rzewuskiego konie przejęli inni hodowcy. Kto myśli, że nie słyszał wcześniej o Rzewuskim tego pocieszę – na pewno słyszałeś / znałeś / natknąłeś się na tę wyjątkową postać, choć nie wiedziałeś o jego zasługach dla hodowli arabów. O Wacławie Rzewuskim pisał Mickiewicz („Farys”) – to ten od „pędź Latawcze białonogi”, Słowacki („Duma o Wacławie Rzewuskim”), Wincenty Pol („Hetman Złotobrody”), Tadeusz Miciński („Emir Rzewuski”), Tymko Padura, Michał Budzyński i pewnie wielu innych, których nie znam. Rzewuskiego sportretował też Juliusz Kossak oraz Piotr Michałowski, Aleksander Orłowski i January Suchodolski. Poszukajcie tych obrazów i rozpoznacie je, z pewnością mignęły Wam w podręcznikach. To Rzewuskiemu należy podziękować za konie arabskie, bo jego umiłowanie orientu i pięknych koni w połączeniu z fantazją emira dało Polsce tak wspaniałe podstawy dzisiejszej hodowli. Bo, hmmm… Arabowie zajęli się w końcu ropą naftową, a nad linią i czystością rasy czuwali właśnie Polacy. To my jesteśmy ojcami współczesnych koni arabskich. To z Polski pochodzą najpiękniejsze araby na świecie. To Polska jest ojczyzną konia arabskiego.

Wspomniałam już o hrabim Dzieduszyckim, który sprowadził do Polski trzy siwe kuhailańskie klacze. Jego dwuletnia wyprawa do Arabii uwieńczona była również nabytkiem siedmiu arabskich ogierów. Te dziesięć koni kosztowało hrabiego majątek. Kilka majątków, właściwie. Podobno za jedną z kuhailanek dał równowartość kilku polskich powiatów w złocie. Aby zdobyć te konie potrzebował nie tylko złota – w negocjacjach z Arabami powoływał się również na pokrewieństwo z Rzewuskim, cenionym i znanym emirem. To pomogło Dzieduszyckiemu nabyć piękne konie, a anomalia kuhailanek (maść siwa zamiast gniadej) ułatwiła zakup. Wizerunki klaczy kuhailańskich Dzieduszyckiego uwiecznił Juliusz Kossak. Stały się one matkami, babkami i pra-pra-babkami polskich koni arabskich. A skoro polskich to znaczy, że wszystkich na świecie. Podkreślam to kolejny raz, ale lubię. Bardzo lubię i bardzo dumna jestem. A Wy?

Historia arabów w Polsce obfitowała w momenty trudne i wręcz tragiczne. Konie te przeszły przecież z nami wszelkie historyczne zawirowania – przeżyły zabory, rozbiory, powstania narodowościowe, obie wojny światowe. Konie były grabione, wywożone z kraju, kradzione. Okupanci wzbogacali swoje kraje naszym najlepszym końskim pogłowiem  i tylko poświęcenie hodowców i stajennych masztalerzy pomogło uratować niewielką, choć tak znacząca ilość klaczy zarodowych i rozpłodowych ogierów. Czy wiecie, że ewakuowane ze stadniny w Janowie konie (ok. 400 sztuk) przeżyły m.in. nalot dywanowy na Drezno? W bombardowaniu Drezna straciliśmy ponad dwadzieścia ogierów, a niemalże setka rozbiegła się, wyrywając się w panice masztalerzom. Jeden z tych masztalerzy utrzymał jednak w ręku i ocalił dwa ogiery – Witraża i Wielkiego Szlema (prapradziadek Esauła). Wyobrażacie sobie, co to znaczy trzymać w ręku dwa spanikowane ogiery w czasie nalotu i bombardowania? Masztalerz ten nazywał się Jan Ziniewicz; sis tibi terra levis Panie Janku! Ewakuowane wtedy konie trafiły w Niemczech do Brytyjskiej Strefy Okupacyjnej i po półtora roku większość z nich wróciła ocalała do Polski. Niestety, innych zagrabionych i wywiezionych koni nie udało się odzyskać; mimo podejmowanych przez nasz rząd prób, konie te nigdy do kraju nie wróciły.

Po drugiej wojnie światowej arab w Polsce też nie od razu zaczął się prężnie odradzać. W czasie komuny te eleganckie i szlachetne koniki uważano za uosobienie burżuazji, co właściwie czyniło z nich wrogów klasowych. Dzięki poświęceniu niezwykłych hodowców udało się je w Polsce utrzymać. Później polskie araby zabłysły na światowych arenach, a Polska odegrała (i nadal odgrywa) wiodącą rolę w hodowli koni czystej krwi arabskiej na świecie. Zagrabiony w czasie II wojny światowej polski ogier Witeź II trafił do USA i okrył się taką sławą, że głośno stało się o jego rodzinnej stadninie – Janowie Podlaskim. Konie z Polski zdobywały czempionaty światowe i bardzo szybko rozwinął się kwitnący do dzisiaj eksport koni zarodowych z Polski. Obecnie mamy najlepsze konie tej rasy na całym świecie! Nasze reproduktory i klacze zarodowe są najbardziej cenione i kupowane za bajońskie sumy. Wspomnę Wam chociażby te wybrane z rodowodu naszego Esauła: ogier Bandos (pradziadek Sułka) został sprzedany za 8o0tys. dolarów; El Paso (dziadek Sułka) pojechał do Stanów za sumę miliona dolarów (najwyższą w historii kwotą za ogiera). Bandolę (matkę Bandosa) nazywano „Królową Janowa”, a jej pełen brat ogier Bask to jeden z najbardziej znanych w Stanach polskich arabów – jego pomnik z brązu stoi w Scottsdale. A tenże Bask był synem Witraża, ocalonego przez Jana Ziniewicza w Dreźnie. I ten sam Bask był pradziadkiem Kwestury z Michałowa – sprzedanej za 1 milion 125 tys. EUR, co jest najwyższą kwotą, zapłaconą za polskiego araba na aukcji w Janowie. Najbardziej utytułowana klacz arabska w historii tej rasy to polska Pianissima z Janowa, wnuczka Eukaliptusa (syn Bandosa, wnuk Bandoli). Eukaliptus był bratem Europy, babki Esauła. Nie dziwcie się mi, że tak wnikliwie badałam rodowód Esauła – jego rodzice, dziadkowie i pradziadkowie to konie, które znam ze starych pocztówek. Nadal śledzę losy jego rodziny i stąd tropy do Kwestury, Pianissimy itd. W rodowodzie Esauła widnieje oczywiście znany wszystkim zapis: ” oo ” symbol czystej krwi arabskiej. Jest tam również inny zapis: ród męski: Kuhailan Haifi or.ar. 1923. To linia męska, z której wywodzi się Esauł, a tajemnicze „or.ar” oznacza oryginalnego araba czyli po prostu import z Arabii. W ten sposób oznacza się konie wyhodowane w swej ojczyźnie. Tej geograficznej, bo na wypadek gdybym jeszcze nie wspomniała to informuję, że ojczyzną współczesnego konia czystej krwi arabskiej jest Polska,a  najlepsze klacze zarodowe i ogiery tej rasy pochodzą z Polski właśnie.

Konie czystej krwi arabskiej to dla mnie temat-rzeka. Choć dla mnie każdy temat o koniach staje się rzeką i nigdy nie mogę skończyć gadać / pisać. Porywa mnie nurt i płynę z prądem, zahaczając o różne mielizny, wpadając w każdy wir i dryfując po różnych tematach. Teraz też czuję jak napływają mi do głowy kolejne „arabskie” tematy – historia stadnin w Janowie, Michałowie, Białce (stamtąd był Esauł!), zasługi prywatnych hodowców (Niech Ci Bóg błogosławi Romanie Sanguszko! To do Twojej stajni trafił or.ar. Kuhailan Haifi w 1931r.), wojenne losy koni arabskich w Polsce,  najdroższe araby, najbardziej znane czempiony, araby w literaturze, malarstwie, Esauł i jeszcze raz Esauł, kuhailany w Polsce…  Jestem typem dryfującym (jak Alcybiades Niziurskiego), a po końskich tematach płynę najwdzięczniej. Dobrze, że mam tego bloga, bo wśród znajomych już nikt nie chce mnie słuchać :)

Fot. Ewa Imielska-Hebda # Femma, klacz czystej krwi arabskiej od Faszyny oo po Esauł oo. Córka Sułka, która odziedziczyła po nim wspaniały charakter – zacytuję Wam słowa jej właścicielki Joanny Łagodzińskiej, bo pięknie obrazują więź, jaką można nawiązać z pustynnym kuhailanem: „Będziemy sobie rzeźbić dalej, a jakże. Ale dzisiaj poczułam, że jestem na szczycie. Bo to, co ja uprawiam, to chyba nie jest jeździectwo. Jeździectwo jest tylko dodatkiem do mojej przyjaźni z Fem”. To jest to, co czujesz po treningu z arabem.  Zazdroszczę i tęsknię… Fem możecie śledzić na facebooku.

Moja wiedza o koniach arabskich nie jest wybitna i nie jest wrodzona, wiadomo. Nabyłam ją czytając, oglądając, analizując, słuchając, badając. Napisałam ten wpis bazując na tym co pamiętam, co zgromadziłam w swej głowie latami tropiąc każdą publikację, w której słowo „koń arabski” się pojawiało. Trudno mi więc teraz podać Wam dokładną bibliografię do wiadomości, które tu zamieściłam, bo pisałam tak, jak bym Wam opowiadała, co wiem. To nie opracowanie naukowe i tak tego nie traktujcie, bo z pewnością popełniłam błędy merytoryczne, może przerysowałam historię, pominęłam istotne fakty lub podałam za fakt coś, co udokumentowane nigdy nie zostało. Podejrzewam, że wiele informacji tu podanych przeinaczyła moja indywidualna interpretacja. To luźna opowieść, a nie naukowa rozprawka. I choć nie pamiętam wielu źródeł, z których moja wiedza pochodzi, to na pewno polecam Wam książkę, którą uwielbiam od lat i choć o arabach jest w niej zaledwie kilka stron to jest to sama kwintesencja, to co smakowałam i czym karmiłam się zawsze rozmyślając o pustynnych koniach. A na pozostałych stronicach znajdziecie wiedzę o koniach i historię polskiej hippiki, którą obowiązkowo powinien znać każdy koniarz. Co tam koniarz – każdy Polak! Byliśmy potęgą hippiczną i choć w sercu żal, że „było-minęło” to trzeba to przeczytać i znać. Trzeba! Ruszajcie do bibliotek, szukajcie w antykwariatach, szperajcie na internetowych aukcjach, strychu u dziadka i w piwnicy sąsiada i zdobądźcie książkę Jerzego Urbankiewicza pt. „Gdzie są konie z tamtych lat”. Bez znajomości tej pozycji jesteście koniarzami, ale bardzo ubogimi. Mój egzemplarz jest już tak zaczytany, że ledwo się kupy trzyma, a ja opowiadając coś, łapię się na tym, że cytuję dosłownie, bo znam już fragmenty na pamięć. Dzisiejszy wpis też zawdzięczamy Jerzemu Urbankiewiczowi. I za to mu dziękuję. Przeczytajcie książkę i też mu podziękujcie. A w zapędzie wdzięczności zwróćcie się również do Jana Grabowskiego i jego „Hipologii dla wszystkich”. To też nienajświeższa publikacja, ale aktualna i stanowi skarbnicę wiedzy koniarza. Polecam!

Komentarze

komentarze