Śmiechu warte cz. II {8}

383450_510845998982687_994511599_n

Fot. Kuba Lipczyński # Faramuszka

O, lubicie czytać o jeździeckich wtopach i porażkach. Nie mogę Was winić, bo sama uwielbiam się nabijać z innych. Taka już chyba nasza ludzka natura. Więc posłuchajcie, jak mój super odważny mąż, pudzian i superman, który niczego się nie boi, dał się nieraz sponiewierać naszym stajennym zawodnikom.

W roku, w którym zdecydowaliśmy się na dorzucenie do stawki naszych koni kilku haflingerów, kupiliśmy dwa konie z pobliskiej hodowli tych złotych diabłów. W pierwszej paczce była Tara i w zasadzie tylko ona do dziś pozostała. Jej koleżankę Tosię wymieniliśmy po miesiącu na obecną Rozę, po tym jak zapewniła Natalii zwolnienie lekarskie na dłuższy czas. Ale jeszcze przed Tosią przygarnęliśmy młodego wałacha Olka.  Haflingery pochodziły z chowu tabunowego, człowieka za dobrze nie znały, o chodzeniu na uwiązie nie było mowy, nogi podawały kowalowi po uprzednim otumanieniu zastrzykiem uspokajającym. A Oluś oprócz krnąbrnego charakteru dysponował też siłą smoka. Do dziś zresztą uważamy, że te małe krępe koniki mają wyjątkową parę i moc. Roza z Tarą pracują zimą w kuligach i pędzą żwawo po śniegu, podczas gdy zlany potem Bolek po kilku rundach z saniami jest do stajni odworzony na taczkach. Kondycji chłop nie ma. Halinger Olek miał kondycję, miał siłę i miał niezłomny charakter. Ze stajni wyprowadzaliśmy go na wędzidle (kantara nawet by nie poczuł) i czterech lonżach, które trzymało czterech facetów: Kuba, tata, Mirek i sąsiad zza płotu. A ten diabeł wynosił ich w zębach i targał po polu ile chciał. Szybko poszło – najpierw lonżę puścił sponiewierany sąsiad, potem Mirek zgubił czapkę, co jak wiadomo skutkuje u niego ustaniem akcji serca, tata przeciągnięty przez belki lonżownika tez się poddał, ale przecież Kuba nie odpuści, o nie. Olek, odciążony z trzech stron, nawet nie poczuł tej koguciej wagi uwieszonej na ostatniej lonży i poszedł w pola pełnym, szaleńczym galopem. Przez chwilę Kuba zdołał biec, potem prędkość była za duża, by przebierać nogami. Prawa fizyki są jasne i według nich Kuba powinien powiewać za cwałującym koniem jak chorągiewka na wietrze. Ten uparciuch jednak walczył do końca. W rezultacie jechał brzuchem po ziemi trzymając kurczowo lonżę, mimo że wszyscy przed stajnia darliśmy się „puszczaj w cholerę!” Nieważne, co się stanie z koniem, gdzie poleci i gdzie będziemy go później łapać. Ważne, by Kuba przestał ścierać się na piachu, bo warstwa tłuszczowa u niego jest dość skąpa i nie ma co się ścierać. Gdy w końcu zrezygnował i puścił lonżę leżał na brzuchu, a bryczesy miał na udach. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży ze Stasiem i gdy zobaczyłam sponiewieranego małżonka na tym klepisku to uznałam, że dzieci już więcej nie będziemy mogli mieć.  Najlepsza była jego mina – mimo piachu w zębach, poobijanych żeber i rak startych do krwi pałał żądzą zemsty. Zerwał się i rozejrzał wokół jak byk na corridzie. Nie zazdrościłam Olkowi…

Bolek też sponiewierał Kubę i to nie raz. Najbardziej widowiskowo, gdy po prostu przejechał po nim bryczką. Odepchnął Kubę stojącego przy jego pysku, przewrócił go lewym dyszlem i ruszył galopem przejeżdżając kołami po Kubie. A superman nie tracił czasu – nie leżał tam, choć pewnie powinien, tylko zerwał się na równe nogi i ruszył w pościg. I tylko ja wiem, jak bardzo był poobijany i jak jęczał przewracając się w nocy na drugi bok. A najświeższy sparring para Bolek-Kuba miała dwa tygodnie temu. Kuba gonił ogiera po polu na quadzie i zajechał mu drogę. Do głowy mu nie przyszło, że koń może go nie respektować. Boluś zamiast grzecznie skręcić i dać się zawrócić w stronę stajni po prostu w pełnym pędzie wleciał w przeszkodę ludzką. Przewrócił quada, Kubę i dumny z wyniku 1:0 dla siebie posłusznie zameldował się w stajni. Kuba dołączył po 40 minutach…

Mogę wspominać to teraz ze śmiechem, bo jak przypomnę sobie minę mojego supermana to widzę zabawne strony sytuacji. Ale różnie mogło się to potoczyć… Są jednak takie końskie wypadki, które wspominam jako śmieszne i tylko śmieszne, bez ukrytej w nich grozy. I żeby nie było, że tylko ja spadam w stępie z konia to opowiem Wam, jak zleciał mistrz. Klienci, jak wiadomo, mają różne dziwne zachcianki. I tak poprosili Kubę, by pojechał z nimi na plażę na wschód słońca. To nic, że słońce nie wschodzi od strony morza. Oni chcą rano na plażę! Klient nasz pan, mimo usilnych prób wybicia im z głowy tego pomysłu, Kuba był zmuszony wstać o jakiejś nieludzkiej porze, przed wschodem i pojechać na orzeźwiająca wycieczkę. Ponieważ jak powszechnie wiadomo, Kuba jest śpiochem, a właściwie już niemal narkoleptykiem, to wstał na pięć minut przed wyjazdem, pobiegł do stajni, gdzie grupa czekała już na osiodłanych koniach, zarzucił Bolkowi ogłowie i żeby nie marnować czasu wskoczył na oklep. Do morza jakieś dziesięć minut jest, a żeby rozespanym koniom dać się rozchodzić całą drogę szli stępa. Kołyszący miarowo Bolek, jednostajny stuk kopyt…  i mistrz zasnął. Zsunął się z człapiącego Bolka i zaliczył przykrą pobudkę na glebie. Wyobrażacie sobie zdziwienie klientów, gdy instruktor spadł z idącego spokojnie konia?

Opowieści o naszych głupich wypadkach mam mnóstwo. Trzeba będzie zakończyć ośmieszanie rodziny i zacząć nabijać się z klientów. Już niedługo!

Komentarze

komentarze