CAVALIADA Poznań 2013 {11}

 

1483030_569676503101639_2064188802_n

I już po wszystkim. Było – minęło, a ja wróciłam do domu i siadam do komputera, by nadrobić zaległości. Blog leżał i kwiczał podczas mojego pobytu na Cavaliadzie, choć zarezerwowałam hotel z wi-fi z myślą o uzupełnianiu wpisów na bieżąco. Internet oczywiście nie działał, co mnie nawet nie zdziwiło, bo przecież mój Anioł Stróż od dawna już odwala swoją robotę po łebkach i chyba muszę go podkablować do Szefa, bo zaczyna mi ciążyć jego beztroska. Nie rozumiem w jakim celu targałam laptopa, nie wiem też jaki sens miało taszczenie aparatu i dodatkowych baterii do lampy, skoro mój główny fotograf nie miał czasu na fotografowanie na zlecenie własnej żony i w rezultacie przywiozłam aż jedno zdjęcie dokumentujące, że byłam na Cavaliadzie i aż 10 nieostrych fot z pokazów. Warto było pakować aparat, obiektywy, lampy i inne bajery. Tak samo niesamowicie przydała mi się komórka – zostawiłam ją w hotelu i dlatego przepraszam wszystkich, którzy próbowali się do mnie dodzwonić i bombardowali mnie SMSami z pytaniem, gdzie można mnie znaleźć. Byłam wszędzie, bo ja zawsze jestem wszędzie. Kto mnie nie znalazł, ten widocznie był nigdzie, a tam mnie nie było. Trudno. Ale dziękuję bardzo moim fanom, którzy w zatrważającej ilości aż 4 osób dopadli mnie przy stoisku mamy i poprawili niesamowicie humor. Majka Kka, jakimi tunelami łaziłaś, że nie trafiłaś na mnie?

Planowałam tę wizytę w Poznaniu już długo, ale zupełnie inaczej wyglądała w realu niż w planach zrodzonych w mojej głowie. Schudłam 2kg, bo nie miałam czasu jeść i od rana do nocy latałam między targami, Areną Pokazów przy Pawilonie Polskiej Hodowli (tuż przy arenie było stoisko mamy), rozprężalnią i główną areną Cavaliada Sport. Życzliwość znajomych zapewniła mi wejściówki w każdy kąt i sumiennie te wszystkie kąty zwiedziłam, czując się jak VIP. Nie robiłam sobie przerw na posiłek czy kawę a i tak mam niedosyt – szkoda, że nie mogłam się sklonować i przebywać w kilku miejscach jednocześnie. Mimo braku klonów momentami łamałam czasoprzestrzeń, latając jak nawiedzona biegiem z pokazu na pokaz i mijając w pędzie znajomych, którzy potem usiłowali mnie jeszcze namierzyć komórką, którą jak wiadomo zostawiłam w hotelu.

Hala targowa była miejscem, w którym z konieczności spędziłam mnóstwo czasu. Mama z koleżanką Asią Semeniuk prowadziła warsztaty artystyczne dla dzieci w pawilonie 8, a ja miałam pełnić wartę na stoisku w 6. Szybko udało mi się zrzucić ten obowiązek na Kubę i mogłam poświęcić się wydawaniu kasy, co robiłam tak skutecznie, że teraz do garnka będę chyba zmuszona wsadzić któregoś konia ze stajni; jeden Raszdi jest bezpieczny – za chudy:) Tak wyglądała hala targowa, po której śmigałam jak meserszmit i rozrzucałam kasę garściami:

targi

Najwięcej czasu spędzałam przy stoisku p. Kamila Wróbla, który wystawiał swoją ręcznie robioną srebrną biżuterię. Zostawiłam u niego pół pensji, ale było warto, nawet koń, którego teraz zjem musiałby to przyznać. Nie mogę Wam niestety zaprezentować moich zakupów, bo blog od czasu do czasu odwiedza jednak moja rodzina (pewnie z nudów), a to ich głównie zamierzam uszczęśliwić prezentami pod choinkę. Galerię wyrobów p. Kamila możecie obejrzeć na stronie www.bizuteria-jezdziecka.pl. Polecam Wam zakupy w Atelier Wróbel z całym przekonaniem – to przepiękna srebrna biżuteria, ręcznie robiona przez Polaka (możemy być dumni!), który jest dodatkowo tak sympatycznym koniarzem, że odwiedzałam go kilkanaście razy dziennie, by porozmawiać i posłuchać z jaką pasją opowiada o koniach i swojej pracy jubilerskiej. Jego wyroby to idealny i fantastyczny prezent pod choinkę dla koniarza – możecie również umieścić te cuda na własnym liście do Św. Mikołaja – ja już wypchnęłam męża na zakupy i choć pozostaje dla mnie niespodzianką, co też tam wybrał, to wiem, że święta w tym roku będę miała bardzo udane.

Najwięcej czasu spędzałam właśnie przy tych stoiskach, gdzie promowano polskie produkty. Nie mogłam nie odwiedzić stoiska Ardena z uprzężami dla koni. Kuba zawsze podkreśla, że lepszych uprzęży nie dostanie się ani w Polsce, ani za granicą. Zanim Kuba trafił na uprzęże Ardena udało mu się już porwać jedną uprząż parokonną, odparzyć Bolkowi kłąb  w skórzanym wyrobie jakiejś firmy-krzak (do dzisiaj Boluś ma białe placki po bokach kłębu) i skończyć użytkowanie skórzanej uprzęży jednokonnej po jednym umyciu jej ciepłą wodą. Teraz nasze konie zaprzęgowe chodzą tylko w uprzężach biothane z Ardena, które nie odparzają, nie pękają, a konserwacja i pielęgnacja jest mega-prosta: zlewamy je wodą z węża i wycieramy szmatą, a biothane wciąż wygląda jak nówka. Nie ma lepszych uprzęży, a fakt, że jest to wyrób firmy polskiej dodatkowo mnie cieszy. Inwestycja w jakiekolwiek pseudo wyroby rymarskie nie ma najmniejszego sensu – Arden wymiata, co było widać w pokazie zaprzęgów – uprzęże Arden na każdym koniu! Kuba tak uwielbia Ardena, że musiałam się chować, bo gotów byłby mnie przehandlować na kolejną uprząż parokonną (planuje złożyć czwórkę z haflingerów).

arden

Skoro już wiecie, że mam fioła na punkcie polskich produktów, to napiszę coś więcej pod hasłem „Basta chińszczyźnie! Kupuj polskie produkty”. Za każdym razem, gdy w pędzie mijałam kogoś, kto taszczył pod pachą świeżo kupiony palcat czy bat (wiecie, że to najczęściej kupowany wyrób jeździecki? Chyba smutne, tak w sumie), to miałam ochotę tym batem ciąć go po nogach. Jakieś śmieszne baciki, kolorowe, z plecionego sznurka, z metką chińską lub niemiecką (niemiecka jakość – tak, doceniam, ale nasze polskie nie są gorsze w żadnym calu!). A są u nas w Polsce takie cuda robione ręcznie (!) w polskiej firmie Przybylski:

DSC_6389

 

To kawałek bata do powożenia, który kupił Kuba. Metka rekomenduje go najlepiej – polski wyrób, ręczne wykonanie!

Dwa lata temu mój mąż kupił w Niemczech bat, płacąc za niego taką kwotę w Euro, że postukałam go tym batem w głowę, gdy wrócił. Bat piękny, leciutki i świetnie leżący w ręku. Włókno, z którego był wykonany, było bardzo giętkie i rzeczywiście nie pękło, nawet gdy wyginałam je na wszystkie strony. Za to już w pierwszym tygodniu użytkowania skruszyło się, gdy Kuba rzucił bat na ziemię i tak się skończyła kariera świetnego bata. Jedyny plus to to, że kiedy teraz Kuba oskarża mnie o rozrzutność zawsze mogę mu wypomnieć ten nieszczęsny bat, a jego cenę trudno pobić. Kupiony u p. Janusza Przybylskiego bat, który widzicie na zdjęciu ma wszystkie cechy tego niemieckiego (choć nie jest z tworzywa, które się zgniata), jest więc trwalszy i porządnie wykonany. Cena była tak śmiesznie niska, że Kuba nie mógł uwierzyć (skoro wywalił tyle euro to myślał, że baty normalnie kosztują pół nerki i wątrobę). Zaklinam Was – nie kupujcie palcatów i bacików w internetowych sklepikach, które promują tanią chińszczyznę, tylko odwiedźcie stronę Przybylski i wyposażcie się w porządny, ładny i wytrzymały palcat, jak ten:

DSC_6390

 

Cały skórzany (CAŁY!), a na ładne oczy i szczery uśmiech dostałam jeszcze zniżkę od i tak już niewysokiej ceny. Dodatkowo p. Janusz Przybylski z taką pasją opowiadał o historii firmy (już 25 letniej!), że odwiedzaliśmy go z Kubą kilkukrotnie w celach rozrywkowych – fajnie porozmawiać z interesującym człowiekiem.

Znalazłam też świetną rzecz, na którą zaczynam już zbierać kasę, a zostało mi tylko 6 lat, bo wtedy to Staś osiągnie odpowiedni wiek, by to nosić. Chodzi o kamizelkę z poduszką powietrzną HELITE. Kamizelkę przyczepia się do siodła i w momencie nagłego rozstania z tymże smycz odłącza się uruchamiając przy okazji poduszkę powietrzną, która otwiera się w mniej niż 0,1 sekundy i chroni jeźdźca podczas upadku. Z całą pewnością zainwestujemy w taka ochronę dla Stasia! Cena jest adekwatna do ceny Waszych narządów wewn. i całości żeber, ale na bezpieczeństwie się nie oszczędza. Podejrzewam, że gdybym wysłała firmie filmik z wyczynami Kuby na młodych koniach, dostałabym kamizelkę gratis na crash-testy :)  Tu możecie obejrzeć kamizelki Helite, super sprawa, ale do ceny kamizelki należy dodać koszt wymiany wkładu po upadku. Każdy upadek to 100zł, ale za to oszczędzacie na gipsie, maściach i czasie spędzonym w przemiłym polskim NFZ. No i ostro walczycie, by nie spaść, bo kasy szkoda. Dwa razy przemyślałabym ewakuowanie się z konia, stówka piechotą nie chodzi. Lepiej siedzieć i nie wywalać, dosłownie, kasy w błoto. Działanie kamizelki prezentuje ten filmik z moim przystojnym mężem w roli głównej. Zamówienia można składać w sklepie internetowym, jest również możliwość rozłożenia płatności na raty.

Przy okazji opisu hali targowej zaprezentuję Wam stoisko mamy i jej wyroby ceramiczne:

DSC_6377DSC_6277DSC_6270Mama prowadziła również warsztaty artystyczne dla młodych twórców razem z koleżanką Asią Semeniuk, której prace w pastelach widzicie na ściankach – przepiękne malarstwo, na życzenie możecie u p. Asi zamówić portret Waszego konia w pastelach lub farbach olejnych, polecam! Idealny prezent dla koniarza, wysyłacie zdjęcie mailem i p. Asia maluje Wam konika w wybranym formacie i technice. Kontakt do artystki: Joanna Semeniuk kom. +48 691.796.726. Bardzo miła i przyjazna pani, zachęcam do kontaktowania się i składania zamówień, sezon świąteczny za pasem.

DSC_6273

Z hali targowej i małej areny pokazów zmykałam, by nacieszyć się pokazami i zawodami na arenie Cavaliada Sport. Wiem, że parę osób dojrzało mnie na trybunach w transmisji TVP, bo informowaliście mnie o tym na bieżąco za pośrednictwem komórki, której oczywiście przy sobie nie miałam. Siedziałam na trybunach z otwartą buzią i klaskałam tak, że dwa razy spadła mi bransoletka z Atelier Wróbel. Najbardziej czekałam na przejazdy Jarosława Skrzyczyńskiego, którego podziwiam i ubóstwiam za technikę, profesjonalizm i szczerą skromność. Gdyby nie fakt, że ma żonę, którą nazywa w wywiadach ideałem kobiety, nie zawahałabym się mu oświadczyć. No i fakt, że sama mam męża, którego mogę w każdym wywiadzie nazwać ideałem mężczyzny, też nie pomaga w tych oświadczynach :) W innym świecie padłabym przed Skrzyczyńskim na kolana i biła pokłony, bo jest człowiekiem, którego podziwiam szczerze i bez granic.

Triumfował Niemiec Felix Hassman, który wygrał 3 z 4 konkursów zaliczanych do światowego rankingu. Wywiózł z Polski ponad 60tys zł, ale warto było go oglądać, szczególnie w Grand Prix, gdzie w rozgrywce pokonał o 6 setnych sek (!) Duńczyka. Nie sam, oczywiście, lecz z wydatną pomocą swojego konia Horse Gym’s Balzaci. Tego konia nie zjadłabym nawet za cały towar z hali targowej :)

hassman

Hassmann podczas dekoracji po Grand Prix.

hassman2

Runda honorowa

I kilka zdjęć z zawodów, które mogę Wam pokazać dzięki uprzejmości Piotra Filipiuka z „Koni i Rumaków”, bo mój prywatny fotograf wolał podrywać panią z Ardena niż pstrykać fotki dla własnej żony:

grand prix

1502532_569676203101669_1945406898_n

1467336_569676679768288_1338481758_n1483323_569676759768280_911260843_n1470315_569677219768234_1101092463_n

Zawody skokowe oglądałam niestety sama, ale już na Halowym Pucharze Polski w Zaprzęgach Parokonnych miałam u boku męża. Kuba pasjonuje się powożeniem, kilka lat temu pojechał na kurs powożenia do Irka Kozłowskiego i połknął bakcyla. Składa pary zaprzęgowe i śmiga po polach, marząc o zawodowym powożeniu. Nauczyłam się już, że marzenia da się spełniać i wierzę, że kiedyś będę jego luzakiem na zawodach. Co prawda sukces będzie marny, bo ze strachu wyskoczę na pierwszym zakręcie, ale może kiedyś moi chłopcy (Kuba i Staś) staną na podium. Tymczasem podziwialiśmy sobie klasę Bartłomieja Kwiatka, który jak zwykle wymiatał w zaprzęgach. Niesamowicie emocjonująca rozgrywka, mimo tego, że w wersji halowej. I tu wreszcie mam kilka zdjęć autorstwa Kuby, bo tylko powożenie zainspirowało go na tyle, by wreszcie chwycić za aparat, który kazałam mu przytargać do Poznania:

DSC_6361DSC_6365DSC_6328DSC_6339DSC_6336No i zdjęcie, na które się załapałam, jedyne jakie mój zakochany mąż postanowił uświetnić wizerunkiem żony. Miałam farta, że w tle jechał tandem, gdyby nie to, nie załapałabym się na ani jedną fotkę z Cavaliady :)

DSC_6320

Wiadomo, że na fali miłości do Arabów, którą zapoczątkował w moim sercu Esauł, musiałam obejrzeć pokaz Arabów ze stadnin w Janowie Podlaskim i Michałowie. Zmieniłam już trochę upodobania i siadać wolę na mocne, duże konie, ale Araby nadal podziwiam i oglądałam pokaz z zapartym tchem. Te porcelanowe figureczki, eteryczne i zwiewne koniki o wielkiej wytrzymałości zachwycają zawsze i wszędzie! Najbardziej spodobała mi się siwa El Dorada z Michałowa, a jej prezenter (niestety nie pamiętam nazwiska, może mi ktoś przypomni? Chciałabym go wrzucić na listę ludzi, których podziwiam) pokazał klacz tak profesjonalnie, że reszta prezenterów wypadła blado, jakby spacerowali z psami na smyczy po miejskim skwerku. Fantastyczny prezenter, sprzedałby nawet naszego Nefryta szejkowi z Emiratów!

DSC_6314DSC_6302

 

Czekałam też na teatr konny Cabriola i poleciałam na trybuny sprintem, wyrywając się znajomym i rodzinie ze swojej warty na stoisku mamy. Bez większego żalu wyszłam przed końcem, bo wynudziłam się jak mops i zmęczyłam popisami wokalnymi, które były niestety wyjątkowo słabe. Wiadomo, że jako koniarz liczyłam głównie na konie, a w całym spektaklu było ich zdecydowanie za mało. Piękne widowisko, ale śpiew obraził moje poczucie estetyczne i nie mogłam już dłużej się katować słuchając fałszu na każdej nucie i beznadziejnej barwy w piosenkach, wow, Michała Bajora. Pokaz fajny, ale sporo rzeczy nie wyszło – oświetlenie fryzów nie grało i jeden z pary koni był oświetlony tylko na zadzie; pokaz pracy z ziemi zasabotował kucyk, który nie bardzo miał ochotę na udział w tym przedsięwzięciu; ten sam kuc zresztą w parze z kolegą uświetnił pokaz dżygitówki, gdy wyrwał się prowadzącym (jak? tak trudno profesjonalnie dopiąć taki szczegół jak odprowadzenie koników na uwiązie?), a sama dżygitówka skończyła się przedwcześnie ucieczką konia z areny prosto w korytarz wyjściowy (organizator powinien to wyjście zamknąć!) i stratowaniem wolontariusza.  Nie porwał mnie ten teatr, no niestety.

teatr4

Dżygitówka. Naprawdę imponujący pokaz. Ekscytujący do ostatniej minuty. Szczególnie dla wolontariusza.

teatr5

Trochę zabawy z naturala czyli to, co Andrzej Makacewicz robi z nudów po śniadaniu.

teatr3

Kuc-sabotażysta. Wykonywał też piękną capriolę w ręku, kapitalnie to wyglądało.

teatr1

Andaluz w pokazie ujeżdżeniowym.

teatr2

Nie skończę tego wpisu, no nie skończę. Straszna dłużyzna, a i tak piszę po łebkach. Małą arenę pokazów w pawilonie 6 miałam pod nosem, nawet podczas warty na stoisku mamy, ale zdjęć żadnych nie zrobiłam. Podziwiałam paradę ogierów polskich ras (ogiera ze Stada w Starogardzie Gdańskim prezentował mój znajomy z kursu instruktorskiego, spotkanie z którym uświadomiło mi, że poznałam go 7 lat temu i nie wierzyłam wówczas, że można być tak starym i mieć trzydziestkę. A jednak, i mnie to dopadło, ehhh…), korowód zaprzęgów (piątka hucułów – rewelacja!), Puchar Polski w Paraujeżdżeniu i pokaz konnej policji. I wstyd się przyznać, ale popłakałam się na pokazie dzieciaków na kucach. Smerfiki z Podkowy w Gruszczynie były bajeczne! Szkraby kilkuletnie, takie przejęte i zachwycone, skakały na kucyki, przełaziły im pod brzuchami, cudo! Wzruszyłam się tymi dziećmi jak, nomen omen, dziecko i spłakałam się jak dureń. Kuba mnie przytulał i roztkliwiał się na zmianę z atakami śmiechu, że jego żona jest tak wrażliwa i, no chyba, głupia. Zatęskniłam wtedy za Stasiem, który został z Babcią i miałam ochotę odpalić wroty i pędzić do Elbląga, by wtulić się w jego pachnącą, cieplutką szyjkę. Matka ma jednak domieszkę kaszki zamiast mózgu. I wcale się tego nie wstydzę!

Cavaliada w Poznaniu była rzeczywiście wspaniałą imprezą hippiczną, kultowym już przecież wydarzeniem w końskiej branży. Już pakuję walizki na warszawską edycję i wybieram w myślach konia, którego zjem, by nadrobić finansowe straty!

Fot. Piotr Filipiuk „Konie i Rumaki” /fot. 1-3, 10-16, 25-29/

Komentarze

komentarze